Lekko nie jest – Katarzyna Perka

Dla niejednej kobiety waga to słowo zaklęcia i przeklęcia – ma w sobie moc super zaklęcia, kiedy kobieta jest z niej zadowolona, w odniesieniu do swojego ciała i stanowi życiowe przekleństwo, gdy nie pokazuje tego, co kobieta zobaczyć pragnie. Niezadowolona kobieta nie myśli racjonalnie. Nie zastanawia się, że geny, styl życia, hormony oraz wiele innych czynników, wpływają na kilogramy tworzące cielesną postać każdego żeńskiego anioła na tej ziemi. Niezadowolona kobieta szuka sposobu na uszczęśliwienie siebie pożądaną wagą. I tak świat kobiet można podzielić na te, „pilnujące swej wagi” (to panie zadowolone z obecnej figury, której nie chcą stracić) i „fajterki” (jeszcze walczące o pożądaną wagę). O grupie składającej się z jednostek, które nie muszą się wcale wagą przejmować (jedzą na potęgę, co i kiedy chcą i nie tyją!), z przekory nie wspomnę. Osobiście mocno chcę trafić to grupy „pilnującej”, ale wciąż jestem w „fajterkach”. Do niedawna nie wiedziałam dlaczego tak trudno mi wyjść z grupy. Trochę wysiłku to zajęło, ale poznałam prawdę – ja mam po prostu ciężkie kości! I właśnie dlatego ważę obecnie $$ kilogramów (kobieta zrozumie, co to oznacza). 

W ciągu dotychczasowego życia moje „kości” miały różne momenty, czasem ważyły mniej, czasem więcej, ale od dawna nie potrafią sprostać moim oczekiwaniom. Próbowałam wielokrotnie udzielać im wsparcia i ułatwić lekkie życie, niestety, waga nadal pozostaje na niezadowalającym poziomie.

Próbowałam różnych sposobów, technik, pomysłów. Były wielokrotne próby regularnego chodzenia na siłownię, fitness i basen. Nieaktywne karnety i karty wstępu spoczywające na dnie szuflady, jak wielki wyrzut sumienia, przywołują wspomnienie tamtych dni. Podjęta z zapałem próba kończyła się zawsze tak samo – „kości” szły z entuzjazmem raz, drugi, trzeci, czwarty, czwarty, czwarty… Czwarty raz „nie raz” bywał ostatnim. Kości się rozleniwiały i piąty raz iść nie chciały. Na nic moje błagania i racjonalne argumenty.

Widząc kolejne porażki na drodze do szczupłej budowy ciała, kierowana szczerym współczuciem, postanowiłam udzielić kościom profesjonalnej pomocy. Umówiłam im wizytę u gorąco polecanego dietetyka, Pana Macieja. Poszłam z nimi na to spotkanie i obiecałam swoje wsparcie na każdym etapie wyzwania. Liczyłam na dużo. Uwierzyłam, że kości odmienią swoje życie i moje samopoczucie. Dzień wizyty napawał optymizmem. Profesjonalne podejście do tematu, badanie masy ciała, ułożenie spersonalizowanej diety z dokładnie dobranymi gramaturami posiłków oraz monitoring postępów w procesie odchudzania (co 4 tygodnie, przez 6 miesięcy), opłata parę stówek i start ku nowej rzeczywistości. Kości oszalały! Idealnie stosowały się do zaleceń programu dietetycznego, ortodoksyjnie przestrzegały zakazów, ze szwajcarską precyzją pilnowały odstępów czasowych między posiłkami. Było pięknie. W pasie spodni pojawił się upragniony luz, spódnice pląsały dookoła talii, kości bez żalu zmniejszały swój ciężar. W czasie tej pierwszej fazy, przez 4 tygodnie, odżywiając mnie zdrowo i racjonalnie, zuchy odtłuściły swoją masę o uczciwe 5 kg. Byłam z nich dumna. 

Tak pięknie było jeszcze kilka kolejnych miesięcy. Świat zmienił swoje oblicze. Kości i ja czułyśmy się pięknie, w sklepach pojawiły się rzeczy, w których wreszcie atrakcyjnie wyglądałyśmy i to wszystko dlatego, że oddałyśmy światu bez nutki żalu, ciążące nam wcześniej 13 kilo. Ach…

To były piękne chwile. Przyjaźń z dobrym samopoczuciem i wysoką samooceną nabrała rumieńców – dawno nie byłyśmy tak zżyte i zadowolone. Pobyt w sklepowej przymierzalni nie kończył się smuteczkiem, a decyzja „w co się ubrać” stała się łatwiejsza, bo w większości ubrań wyglądałyśmy dobrze.

Niestety, nic nie trwa wiecznie. Pokusa siedziała w ukryciu i zacierała swoje długie łapy, które z czasem zaczęły nas dosięgać. Niewinne odstępstwa od zaleceń, początkowo sporadyczne, później ciut częściej, doprowadziły do  ponownego nadużywania jedzenia. Trwało to co prawda kilka lat, ale utracona waga wróciła jak bumerang, a towarzyszyło jej niemiłe uczucie rozgoryczenia.

Ponieważ mój wrodzony optymizm twierdzi, że: „nadzieja umiera ostatnia”, nie podałam się. Kiedy pogodziłam się z faktem, że efekty współpracy z Panem Maciejem zostały już stracone, postanowiłam dać kościom kolejną szansę i spróbować modnej diety pudełkowej, polegającej na wykupieniu gotowych posiłków o określonej wartości kalorycznej. Teraz dzień rozpoczynałam zgarnięciem sprzed drzwi mieszkania siatki dostarczonej ciemną nocą (przed 5.00 rano) przez kuriera firmy dietetycznej. Z ciekawością do niej zaglądałam, sprawdzając, co kości będą jadły danego dnia. Trochę, jak codzienna wizyta Świętego Mikołaja. Urzekało mnie różnorodne menu. Niektóre z przygotowanych dań jadłyśmy po raz pierwszy w życiu. Wszystkie były bardzo smaczne, apetyczne i zdrowe. Jedyną ich wadą była mała ilość. Moje życie sprowadzało się do tęsknego zerkania na zegarek i odliczania czasu od posiłku do posiłku. Cieszyło mnie, że ktoś przynosi gotowe i smaczne dania, ale kości były sfrustrowane ich ilością, jak dla krasnoludka. Przez pewien czas tak funkcjonowaliśmy: syn jadł obiady w szkole, mąż w pracy, ja (i kości) z pudełek. Wygoda, bo mniej zakupów, mniej czasu w kuchni i w przysłowiowych garach, mniej zmywania, dużo urozmaicenia. Minusy – wysoka cena takiej diety i nieadekwatny efekt wagowy w stosunku do kosztów. A ponieważ efekt nie powalał a koszty i owszem – po niedługim czasie zrezygnowałam z tej opcji. Kości musiały to zrozumieć. A ja miałam powód, aby zaśpiewać: „znowu w życiu mi nie wyszło”.

Jak uparte dziecko męczy matkę, gdy czegoś mocno pragnie, tak ja, spragniona smukłej figury, szukałam dla kości ratunku. Wiedziałam już, że potrzebujemy opcji niskobudżetowej. I wtedy przypomniałam sobie, że istnieje Endomondo – aplikacja, która rejestruje aktywność i indywidualne treningi. To jest to. Będę chodziła! Proces pobierania „apki” na telefon jeszcze nie dobiegł końca, kiedy stałam w drzwiach gotowa do działania. Kości jęknęły z rozpaczą, bo kanapowe życie zasmakowane w ostatnich tygodniach, bardzo im odpowiadało. Z wielkim entuzjazmem rozpoczęłam swojego „chodzonego”. Opcje trasy urozmaicałam w nieskończoność, tempo w zależności od nastroju – slow (wyjście z domu bez nerwa) lub fast (wyjście z domu z nerwem). Już myślałam, że to jest to, że trafiłam na idealną dla siebie aktywność, kiedy nadszedł czas jesiennej słoty i zaczęłam zauważać mocno wiejący wiatr, padający deszcz, zdarzyło się, że czułam drapanie w gardle, raz byłam zmęczona, raz miałam z synem wizytę u lekarza … Różne przeszkody pojawiły się między mną a indywidualną aktywnością i w ten właśnie sposób, kolejne odpuszczone treningi doprowadziły do marazmu… Kości przyjęły to bez większego żalu. Moja ambicja żal czuła. Mój wewnętrzny leń czuł szczęście. A ja? A ja pomyślałam:  nie wyszło, to nie wyszło. Przecież nic nie poradzę. Będę próbowała nadal. Aby do wiosny. I tak mijają kolejne wiosny a ja wciąż w grupie „fajterek”.

Zrozumiałam, że kości sobie nie zmienię – są, jakie są. Trzeba z nimi postępować, jak z Garfieldem: „kochać, karmić i nie opuszczać”. Wciąż podejmuję różne próby ich odchudzenia, ale już nie frustruję się tak mocno, jak dawniej, kiedy efekty nie są tymi wymarzonymi. Uwierzyłam, że nie wszyscy mogą i muszą być w talii, jak osa. Przeczytałam niedawno dodające otuchy słowa Katarzyny Miller, która imponuje mi totalną samoakceptacją, podoba mi się asertywna i świadoma swojej wartości kobieta, nie szkielet, Dorota Wellman, i wiele Jej podobnych. Doszłam do wniosku, że nie ważne, ile ważą moje kości – ważne, jak ja się z tym czuję. Wcześniej mocno mi ich waga przeszkadzała. Teraz zauważyłam, że zmienił się mój stosunek do tego tematu. Czuję się ze sobą lepiej. I dobrze mi z tym „lepiej.”

Zdarza się, że osoby o bardzo leciutkich i delikatnych kościach (tyciusieńkie, szczuplutkie, szczapki), także są niezadowolone ze swojej wagi.  Wtedy pojawia się pytanie, czy w tym wszystkim na pewno chodzi o wagę? A może o zwykłe polubienie siebie. I  zaakceptowanie swojego wyglądu. Innego nie dostaniemy. Owszem trzeba dbać o siebie i swoje ciało, ale nie dlatego, że go nie akceptujemy, tylko dlatego, że je kochamy. A ono nam odpłaci. Zdrowiem, kondycją, sprawnością. 

Wiem, że lekko nie jest, ale warto. Kolejny raz podejmuję wysiłek regularnego RPZK (rusz pupsko z kanapy), żeby kości „miały swoją szansę”. To jak kolejny pakt z moimi ciężkimi przyjaciółkami – będą dwa razy w tygodniu doprowadzane do miejsca, gdzie mają szansę odwdzięczyć mi się za wolę walki i naiwną wiarę, w to, że mogą ważyć mniej. Daję im możliwość mieszkania w wysportowanym, zdrowym, sprawnym „lokum”. Na dzień dzisiejszy są nastawione pozytywnie. Lekko im to pozytywne nastawienie przyszło. Tak lekko, jak mi ciężko. Pamiętam, jak trudno być systematyczną i zdyscyplinowaną. Zwłaszcza, że nikt nie obiecuje, że będzie lekko. Ale to jest zrozumiałe, kiedy się ma ciężkie kości 😉

Pozdrawiam,

Kasia

Udostępnij: