„Solo noi” – Katarzyna Perka

Znów nakaz: siedź w domu. Siedzę. Zrezygnowałam z każdego wyjścia, które nie jest konieczne. A że w tym tygodniu pracuję zdalnie, to na zewnątrz nie wychodzę wcale. Uważam, że tak na razie trzeba. Bardzo brak mi codziennych spacerów, ludzi i normalnego życia. Nie chcę już telewizji, nie chcę radia, chcę pozytywności. Biorę telefon do ręki i odczytuję nową wiadomość – to link przesłany przez koleżankę. Ciekawe, co się pod nim kryje: kawał, śmieszne zdjęcie polityka, czy coś związanego z wirusem? Klikając bezmyślnie w przesłany adres, czekam na to, co się otworzy. Po chwili do moich uszu dochodzi piękna, delikatna muzyka – serce mi szybciej uderza, to włoski utwór, który słyszałam już nie raz, ale wtedy wzruszenie nie ściskało mojego gardła. Słucham jak zahipnotyzowana „L’italiano”. Mam łzy w oczach, bo czuję tę muzykę sercem, razem z wiatrem, słońcem i włoskim luzem. Podnoszę się z łóżka, na którym leżę i – nie przerywając słuchania – postanawiam wyrobić, w rytm tej piosenki, dzienny limit kroków – to mój plan treningowy, którego jak dotąd, nawet pandemia nie pokonała. Co prawda dziwnie się czuję chodząc po mieszkaniu i odliczając (wraz z aplikacją) kilka tysięcy kroków, ale z moim podejściem do życia, nie jest to problem. Idąc z przedpokoju w stronę balkonu dziękuję Opatrzności, że mam takie mieszkanie, w którym mogę machnąć kilka razy nogami, nie rozbijając przy tym głowy, wracając od balkonu do przedpokoju dziękuję za to, że mam siłę chodzić, a wchodząc do kuchni cieszę się, że jestem w domu, a nie na jakiejś izbie przyjęć. Dalej, robiąc nawrotkę w stronę łazienki, doceniam, że udało mi się zmobilizować do chodzenia – przecież łatwiej włączyć film i zalegać na kanapie. Ta muzyka! Już trzeci raz włączam ten sam kawałek i nadal mnie on zachwyca. Jest jak obietnica, że Włochy poczekają na mnie, niech tylko to szaleństwo minie. Wracają wspomnienia z wyjazdów i pojawia się tęsknota do pięknych chwil i tego, jak się wtedy fantastycznie czułam – było mi dobrze, bardzo dobrze. Tymczasem chodzę po mieszkaniu, sapię, tłumaczę sobie, że zawsze to aktywność, jakaś forma ruchu. Kot widać inaczej ocenia sytuację i dlatego usiadł w bezpiecznym miejscu (na komodzie), skąd patrzy na mnie pełnym politowania wzrokiem. Już nie pamięta, że wczoraj wieczorem sam świrował: rozpędzony jak motocykl odbijał się od kanapy i leciał niczym pocisk armatni, przez cały pokój, w stronę parapetu – bałam się, czy szyba w oknie to wytrzyma.

To, co dzieje się sekundę później, ciężko opisać. Ta muzyka coś we mnie odblokowała i doprowadza do eksplozji: cały nagromadzony lęk oraz strach przed pandemią,  moja złość na obecną sytuację i frustracja, że nie mam na to wszystko wpływu, wylewają się ze mnie, jak kipiące mleko z garnka. Włączając kolejną włoską piosenkę, zaczynam tańczyć. Ale co to za taniec! Do tej chwili nie wiedziałam, ze potrafię się tak ruszać. Jestem w transie. Macham rękoma nad głową, a potem nad podłogą, schylam się, to znów unoszę, kołyszę tułowiem, moje biodra niemal wyskakują z zawiasów, a nogi pląsają w rytm refrenu utworu „Solo noi”. Raz czuję, że jest to piękny taniec terapeutyczny, a chwilę później mam wrażenie, że wyglądam jak małpa na wybiegu, kiedy kąsają ją wściekłe moskity. Magiczna chwila. Jest mi dobrze. Całe mieszkanie tworzy mój parkiet. Cieszę się w duchu, że mąż jest na popołudnie w pracy i nie widzi mnie teraz. Syn zapytał, co robię i usłyszawszy, że tańczę, zdziwiony wrócił do swojego pokoju. Kot – z miną barana – nadal na komodzie, a aplikacja pokazuje, że plan wykonany – limit kroków zaliczony. Zwalniam, ale z uśmiechem. Dobry nastrój mnie nie opuszcza. A włoskie wspomnienia przywołały obrazy nie tylko miejsc, ale i ludzi. Takich pogodnych, uśmiechniętych i eleganckich. Postanawiam, że jutro ja także będę elegancka, mimo, iż pracuję w domu. Kiedy rano dzwoni budzik, wstaję i szykuję się jak na dobrą imprezę: prostuję włosy, robię makijaż, zakładam czarne rajstopy i sukienkę w tym samym kolorze. Na usta czerwona szminka. Odpalam laptopa i zaczynam kolejny zwykły dzień pracy zdalnej. Tyle, że w takim ubraniu i na szpilkach, czuję się nie jesiennie, lecz włosko-bosko. Mam dobry nastrój, z uśmiechem odbieram kolejne telefony, z przyjemnością odpisuję na maile. Można? Można. Ale najlepszy jest moment, kiedy do pokoju, który służy mi teraz za biuro, zagląda mój zaspany mąż! Jego mina? Bezcenna 😊. Przyzwyczajony do mnie ubranej, podczas dni pracy zdalnej, w luźne i wygodne ubrania, bez makijażu, na pewno nie w najnowszych rajstopach i – z całą pewnością – nie w szpilkach, przeciera oczy i widzę, jak myśli: „Czy to jeszcze sen, czy jawa?”. Nieśmiało pyta: „A  co to za okazja?”, a ja odpowiadam Mu uśmiechem. Przez chwilę jeszcze stoi w drzwiach i mam wrażenie, że szuka w pamięci daty, o której zapomniał, może jakaś rocznica, może urodziny. Wykazuję się empatią i tłumaczę, że to w ramach budowania pozytywności – taki trening. Ale nie jestem pewna czy udało mi się ich przekonać – „ich”, bo do zdziwionego męża dołącza już – także zdziwiony – syn. Warto było. Tego dnia do naszej mało wesołej ostatnio rzeczywistości, wkrada się trochę uśmiechu, żartu, zdziwienia. Mąż, wychodząc do pracy, wciąż ma nad głową znak zapytania i chwilę dłużej, niż zazwyczaj, mnie przytula, a po południu odbieram od niego więcej niż zwykle telefonów – fajnie, miło i odświeżająco. W końcu to, co najważniejsze w życiu, to bliskość, relacje, drugi człowiek i melodyjne „Solo noi” (Tylko my). A Ty do jakiej muzyki dziś tańczysz?

Pozdrawiam serdecznie,

Kasia

Udostępnij: