Kłaczek Świętego Franciszka – Katarzyna Perka

Początek października. Wracam z pracy do domu. W radio właśnie rozpoczęły się wiadomości. Wśród wielu słów do mnie docierają te o pękających w szwach schroniskach dla bezdomnych zwierząt. Koty i psy, które już tam są nie mogą znaleźć nowych domów, a wciąż przybywają kolejne ogonki i łapki do zaopiekowania. Czuję smutek. Jakaś cząstka mnie na chwilę staje się bezdomnym, niekochanym, samotnym, głodnym czworonogiem i to bardzo boli, przeraźliwie. Wyganiam tę myśl z głowy. Dalsze słowa komunikatu niosą wiadomość, że fatalny los zwierząt jest efektem inflacji i obecnej sytuacji gospodarczej. Ludziom jest trudno związać koniec z końcem i szukają wszędzie oszczędności, nawet kosztem swoich pupili. Istnieje obawa, że jesienią i zimą sytuacja zwierząt może się jeszcze pogorszyć. Spikerka przechodzi do następnej wiadomości, ale ja ze swoimi myślami zostaję przy futrzakach. Zwłaszcza, że korek na trasie powoli się rozładowuje i za parę minut wejdę do domu. A tam czekają na mnie, zawsze najbliżej drzwi, kocie paputy – osiem jak nic, do tego dwa ogony i dwie pary pięknych, cudownie zielonych oczu (to kocie spojrzenie trudne jest do opisania: takie lekko rozmarzone, magnetyzujące, ale z nutką wyrzutu: „gdzie byłaś cały dzień?!”, jest w nim miłość, akceptacja, wyniosłość, ale i sympatia). I wtedy następuje przywitanie rodem z memów – hasło do domowników: „Cześć chłopaki”, a potem się zaczyna witanie z kotami: „A kto to na mnie tak ładnie tu czeka, moje śliczne, mięciutkie, kochane. Co, brzuszki głodne? Zaraz damy im jeść. Łasice moje”, itd. – koniecznie na wysokich tonach, bo te same słowa mówione normalnie nie brzmią tak, jak trzeba. Biorę każdego kota na ręce (bardzo to lubię, one mniej, ale wyjątkowo o ich zdanie nie pytam, a one taktownie akceptują moją potrzebę przytulenia) i chwilkę głaskam moje kocie stado.

Pierwszy z jego dwóch członków to Salem, który wygląda jak tygrys bengalski. Jego cętkowane futro jest wyjątkowo miękkie i gładkie jak aksamit. Potrafi zahipnotyzować spojrzeniem. Zwinny, szczupły, skoczny. Ma pięć lat i jeszcze niedawno był bardzo bojaźliwy. Odkąd upolował na działce swoją pierwszą mysz, coś się zmieniło w jego zachowaniu i teraz jest odważny i pewny siebie. Uwielbia głaskanie po głowie, za uszami i po gardle. Nie ma mowy o zgodzie na głaskanie brzucha. To może robić tylko jedna osoba – mój syn. Jemu Salem pozwala na wszystko i wszystko wybacza, a nawet go broni, w związku z czym dostał ksywkę „adwokat”. Wzięło się to stąd, że kiedy tylko próbuję powiedzieć Młodemu coś stanowczym tonem, Salem zjawia się obok i miauczy na mnie, w efekcie czego chwilę później tłumaczę o co mi chodzi im obu – kotu, że chcę dobrze dla syna i synowi, że jakieś jego zachowanie jest nieakceptowalne. Ten kot kocha (jeśli nie ma akurat w pobliżu myszy) polować na koniec drewnianego patyka wysuwający się spod poduszki czy koca. Niewątpliwy kandydat do zakochania się.

Młodszy z naszych futrzaków to Jurand, zwany Jurą. Jest cały cudownie szary. Mocno lubię ten kolor i Juranda. Futro Jury jest mięsiste i gęste. Bardziej napuszone niż Salema. Ten kot zawsze przychodzi, kiedy go wołam (no chyba, ze jest zamknięty niechcący w szafce na buty, ale wtedy miauczy o pomoc). Kocha każdą kocią strawę, ale to za oliwki jest w stanie podać łapę. Ulubiona aktywność: budzenie mnie między 4.00 a 5.00 rano, w perfidny sposób, czyli żałośnie miaucząc i tupiąc po kołdrze, poduszce i po mnie. Lubi polować na sznurówki, wstążki i liny. Odważny i uczuciowy. Pieszczoch.

Wieczorem, kiedy patrzę na nasze koty, wraca do mnie myśl o tych wszystkich bezpańskich biedactwach. Mówię mężowi, o tym, co usłyszałam w drodze, a on przezornie zastrzega, że nie ma opcji, żebyśmy mieli więcej zwierząt. W tej chwili wcale nie o to mi chodziło, ale on chyba zna mnie lepiej niż sądzę i dlatego wybiega naprzeciw moim ewentualnym pomysłom. Następnie, żeby poprzeć cyframi swoje stanowisko, wymienia ile kosztuje utrzymanie naszych kotów: żwirek, puszki z mięskiem, saszetki, smaczki, tuńczyk, wizyty u weterynarza i przypomina cenę ostatniego leku Jury. Tak, to prawda, podsumowanie wydatków pokazuje, że utrzymanie i opieka nad ogoniastymi nie kosztuje mało. Uzasadnione są obawy miłośników zwierząt o to, co będzie w niedalekiej przyszłości, bo zbliża się zima. Odszukuję artykuł w internecie dotyczący tego tematu. Dowiaduję się, że jest coraz więcej błąkających się psów, że wcześniej do schroniska trafiały zwierzęta z interwencji lub z powodu śmierci właściciela, kiedy nikt z rodziny nie mógł się nimi zająć. Ostatnio do punktów opieki codziennie trafiają nowe czworonogi, których – co zastanawia szefową schroniska dla bezdomnych zwierząt – nikt nie szuka. Autorka artykułu wyraża obawę o to, że kiedy ludziom jest coraz trudniej kupić sobie jedzenie, koszt utrzymania zwierzaka (jedzenie, opieka weterynaryjna) może przerastać ich możliwości finansowe. W tej sytuacji nadchodząca zima może być wyjątkowo trudna zarówno dla bezdomnych czworonogów, jak i ludzi dobrego serca, którzy zajmują się opieką nad nimi. 

W ciężkich chwilach, gdy to, co na ziemi zawodzi, zawsze warto prosić o pomoc Siłę Wyższą. Tak się składa, że w dniu 4 października, kiedy w kościele obchodzone jest wspomnienie świętego Franciszka z Asyżu, w kalendarzu widnieje święto zwierzaków, (ustanowione na konwencji ekologicznej w 1931 roku we Florencji). To chyba dobra okazja, by wołać do tego wielkiego miłośnika zwierząt – świętego Franciszka – by nie dopuścił do głodu w kocich i psich kiszkach: 

Ty zakłaczkowany

święty Franciszku

na ziemi ogony ukochałeś

przecież chyba w niebie 

ich nie zapomniałeś?

Kończę „nękanie” świętego z Asyżu i patrzę na śpiącego obok mnie Jurę. Jest taki cieplutki, grzeje jak termofor. Przychodzi mi do myśl, że może to bliskość zwierząt jest sposobem na ogrzanie serc tej zimy?

Pozdrawiam Was serdecznie,

Kasia

Katarzyna Perka – właścicielka lekkiego pióra, pogodnego spojrzenia na życie, zafascynowana pozytywnym myśleniem i tym, co piękne w drugim człowieku. Uśmiechnięta i optymistycznie nastawiona do „tu i teraz”.

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim, rozpoczęła pracę zawodową, która sprawia, iż od ponad 19 lat jest blisko ludzkich spraw, otaczając opieką socjalną pracowników firmy i ich rodziny. 

Po pierwszym spotkaniu Akademii Pozytywnych Kobiet poczuła, że przypadki nie istnieją, a Stowarzyszenie to wymarzone miejsce dla Kobiet, które chcą dawać i otrzymywać, nie tracąc. Stąd powstało pragnienie, aby uczestniczyć w tym procesie – tak rozpoczął się cykl jej lekkich i życiowych felietonów publikowanych na stronie Akademii.

Mocne strony Kasi – otwartość i akceptacja drugiego człowieka – stały się początkiem wielu niezwykłych rozmów, które jak się okazało są bardzo potrzebne w zabieganym świecie i mogą mieć wręcz terapeutyczną moc. Kiedy usłyszała o Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach (TSR) i jej założeniach, poczuła niezwykły potencjał tego nurtu. Dziś jest po ukończonym pierwszym i drugim stopniu TSR, po warsztatach z metody Kids Skills, a także warsztatach z pracy z cierpiącym nastolatkiem „Kryzys w kryzysie”. Dzięki połączeniu zdobytych umiejętności z wrodzoną empatią i pasją może dziś wspierać dorosłych i dzieci w szukaniu rozwiązań oraz realizacji ich życiowych celów. 

Chce żyć z pasją i wierzy, że to możliwe. Pragnie swoją pozytywną energią dzielić się z innymi.

To osoba, która nawet w pochmurne dni wypatruje słońca i wie, że to co trudne nie może trwać bez końca. Pragnie ufać, że prowadzi ją opiekuńcza Siła, która chce by wsparciem dla innych była.

Udostępnij: