Baby wieczór – Katarzyna Perka

Ponieważ czasu nie zatrzymam i lustra nie oszukam, postanawiam wygospodarować chwilę i o siebie zadbać. Codzienny maraton między pracą, domem, zakupami i obowiązkami, nie sprzyja takim praktykom, więc tym bardziej zamierzam celebrować ten przyjemny moment. Informuję męską część domowników, że dziś robię sobie „wieczór baby” i proszę o nieutrudnianie mi dostępu do łazienki i ogólnie do spokoju świętego. Wyposażona w maseczki, kremy, specjalne opaski do włosów i z dobrym humorem, startuję w mój relaks. Zapowiada się uroczo.

Zaczynam od regulacji brwi. To powinno pójść szybko. Jednak kilka bolesnych uszczypnięć cieniutkiej skóry pęsetą i grzecznie zwalniam tempo, jak kierowca pędzący eską, po zasłyszanym komunikacie: „nieoznakowani w okolicy”. Teraz z dużo większym respektem, cierpliwie, wyrywam chwasty, które rosną tam, gdzie ja nie chcę. Efekt końcowy mnie nie powala. Po prostu nie widzę różnicy, poza taką, że brew trochę wyłysiała. Cóż, wieczór się dopiero zaczyna…

Teraz biorę się za spierzchnięte usta. Niesamowitą gładkość i nawilżenie przyniesie im maska z miodu. Nakładam ją z namaszczeniem na dolną i górną wargę. Czekam parę minut, żeby usta przyjęły dobroczynne działanie „płynnego złota”. Słodko. Dobre. Smaczne. Zanim usta się wygładziły, zorientowałam się, że miód zjadłam. 

Minęło już pół godziny mojego domowego SPA. W efekcie jestem „słodka jak miód” i lekko łysawa na brwiach. Poza tym nie widzę, żebym była jakaś „bardziej”. Trzeba wzmocnić działania. Rozprawię się więc ze zmarszczkami. Delikatna skóra wokół oczu będzie mi wdzięczna. Mam cudowny, zdaniem producenta, krem, który sprawi, że: „cienie się rozjaśnią, zmarszczki spłycą, a spojrzenie odzyska blask”. Do dzisiaj żyłam w nieświadomości, że go straciło! Dobrze, że wiem, jak się ratować. Aplikuję uczciwą warstwę kremu, w końcu zmarszczki nie są już takie małe, jak 10 lat temu, a ja dziś czuję się gotowa przeżyć cud przemiany. Jestem niczym gąsienica, która lada chwila stanie się motylem. Czekam. 

Czytać nie mogę, bo na oczach krem, gadać nie mogę – bo na ustach kolejna warstwa miodu. Zostaje więc muzyka. Muzykę słyszę. Nie słyszę za to jęków pokonanych zmarszczek, które w tej właśnie chwili powinny być w agonii. Kiedy po odsłuchaniu dwóch utworów Queen idę zmyć krem, jestem pełna nadziei. Chwilę później przyglądam się sobie w lustrze i nic. To nadal ja. I nadal ze zmarszczkami, które teraz wyglądają na mocno zrelaksowane! Ale duch we mnie nie ginie. Moja „wypoczęta” skóra wokół oczu i ja przetestujemy „odzyskany blask mojego spojrzenia” na kocie. Kiedy go znalazłam wylegującego się na parapecie, ściągnęłam na siebie jego wzrok. Patrzę pytająco, patrzę, on też zdziwiony patrzy. I nic. Zero reakcji. Żadnego wzruszenia. Oczu nie mruży, głowy nie odwraca. Na niego odzyskany blask nie działa. Idę więc do męża. Pochylam się nad nim zalotnie i kilka razy sugestywnie, powoli mrugam. Do mych uszu dociera jego zatroskane pytanie: „Coś Ci wpadło do oka?”. Wrrrrr….. 

Na osłodę znów zlizuję miodową maskę z ust. Uznaję, że moje oczy nie były w tak złej kondycji, jak sądziłam, skoro taki super krem, nie ujawnił po zastosowaniu widocznych efektów. Nie miał co naprawiać! Proste.

Mija 40 minut mojego „baba wieczór”. Po dotychczasowych działaniach, na cuda nie liczę, ale nadal chcę odrobinę dopieścić swe kobiece ciało. Wiem, że ono potrzebuje uwagi. I chce być takie „z pazurem”. Właśnie – pazury. Ciepła woda z mydłem w miseczce, namaczam dłoń, odsuwam skórki, wycinam skórki, opiłowuję pazurki, maluję je bazą, następnie lakierem, suszę, nakładam drugą warstwę, już mi się to wszystko nudzi, a to dopiero pierwsza dłoń. Przecież jest też druga. A także obie stopy. Peeling już przygotowany do działania. Na masaż szorstką rękawicą czekają też inne części ciała, a na umycie – głowa. Następne jest nałożenie maski na włosy (powinna tam pozostać ok. 15 minut), jej spłukanie, suszenie głowy i modelowanie mokrej fryzury. Matko! Przecież końca nie widać. A ja już jestem tym zmęczona. Gdzie relaks i przyjemność? Zamiast błogostanu czuję wyrzuty sumienia, bo pranie nie nastawione, naleśniki nie zrobione, a ja nie wyglądam jak Kleopatra po kąpieli w kozim mleku. 

Mój zapał stygnie. Ogień żarliwości gaśnie. O dostęp do łazienki, powołując się na równość, walczą pozostali domownicy. Więc kończę ten baba wieczór. Idę pograć z synem w planszówkę!

Tak sobie myślę, że to całe dbanie o sobie, wymaga czasu i energii. Jedno i drugie jest dziś towarem deficytowym. Bardziej profesjonalne zabiegi kosmetyczne i pielęgnacyjne wymagają także nakładów finansowych. Poza tym ten rodzaj aktywności często znajduje się na końcu naszej listy spraw ważnych. Wszystko to bardzo utrudnia regularne dopieszczanie siebie. Poza ciałem mamy ducha, o którego także należy się zatroszczyć. Bo duch i ciało to całość. Nie można sobie odpuścić, bo przecież zadbana kobieta to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to szczęśliwy świat wokół niej. Więc raz na jakiś czas powinnyśmy „zlizać miód”. Warto o tym pamiętać. I warto o to zadbać. Na początek może to być domowy baba wieczór, nawet taki  z przymrużeniem oka.

Pozdrawiam mrugając 😉,

Kasia

Udostępnij: